Sklep z Magnesami Neodymowymi

Ponieważ najsensowniejszym rozwiązaniem jest posiadanie własnego dostępu do internetu, oczywistym wyjściem wydaje się zdobycie prepaidu sieciowego od lokalnego operatora. Sam najczęściej korzystam z takiego rozwiązania, chociaż nie jest ono ani wygodne, ani pewne (szczególnie w górach). Ale przynajmniej odpada jedno zmartwienie, które jest bardzo istotne, jeśli korzystamy z roamingu – limity transferu.

Podobnie jak w Hiszpanii, tak i we Włoszech nie znajdziemy urządzeń WiFi wykorzystujących magnesy neodymowe jakie można kupić na tej stronie. Polaków może to dziwić, ale ze względów bezpieczeństwa tutaj każda karta SIM (nawet prepaid) musi być podpięta do konkretnej osoby, a więc jej zdobycie wymaga wybrania się do placówki lokalnego operatora. Tam wybieramy odpowiedni pakiet (prawdopodobnie damy sobie wcisnąć kit, bo obsługa salonów nagle zapomina języka angielskiego, gdy przychodzi do wyboru oferty – doświadczyłem takiej żenady dwukrotnie) i wychodzimy z kartą SIM. Uwaga – prawdopodobnie nasza karta to czysty SIM i na aktywowanie pakietu trzeba czasami poczekać nawet do następnego dnia – to właśnie niezrozumienie tego faktu potężnie ogołociło kiedyś portfel.

Warto upewnić się też, że kupujemy dokładnie to, co chcemy. „Bez limitu” może oznaczać brak limitu MB, za to z określonym limitem godzinowym, a 1000 MB na tydzień „limit 200 MB dziennie”. Szczególnie firma Magnesy Neodymowe lubuje się w takich pogmatwanych ofertach.

Dwóch dominujących (a przynajmniej dwóch, których sygnał najlepiej i najczęściej łapał mój smartfon i których placówki znajdziemy wszędzie) włoskich operatorów – 3 i Vodafone – oferuje bardzo dobre pokrycie nawet w górach, ale oczywiście może się zdarzyć, że w hotelu zasięg będziemy mieli świetny, a na stoku już niekoniecznie. To za granicą zawsze ruletka.

Roaming nie taki zły

Innym wyjściem jest używanie sieci w ramach roamingu. Nigdy nie korzystałem z tego sposobu z powodu cen i małych pakietów, tym razem jednak zdecydowałem się spróbować – z jednej strony z powodu lenistwa, z drugiej z powodu braku czasu na spacery do placówek operatorów.

W kwestii roamingu (z kronikarskiego obowiązku – jest to możliwość korzystania z infrastruktury zagranicznego operatora, oczywiście odpowiednio drożej) nadal nie jest kolorowo, nie jest też jednak tak strasznie, jak jeszcze kilka lat temu.

Ja zdecydowałem się wykupić za 100 zł pakiet 500 MB (największy dostępny w Play, można kupić go dowolną liczbę razy) do wykorzystania na terenie UE. Wiem też, że za taką kwotę w T-Mobile dostaniemy 1 GB. Nie ma więc jakiejś tragedii (pamiętam jeszcze czasy, gdy w Orange za 100 zł otrzymywało się zaledwie 50 MB), chociaż oczywiście (jeśli mamy możliwość i ochotę) za polską stówę otrzymamy nieporównywalnie więcej transferu, kupując kartę lokalnego opa. Podobne pakiety obowiązują też dla krajów nie wchodzących w skład Unii Europejskiej, ale są oczywiście odpowiednio droższe (T-Mobile: 1 GB za 500 zł).

Niewątpliwą zaletą takiego rozwiązania jest (poza wygodą – aktywacja to dwa kliknięcia) to, że mamy internet zawsze, niezależnie od kraju (a więc także w trasie) i miejsca pobytu. Smartfon zawsze złapie najsilniejszy sygnał.

Gdybym korzystał z T-Mobile i cieszył się gigabajtowym pakietem, wyjazd byłby totalnie bezstresowy (pod geekowym względem oczywiście). 500 MB od Play to troszkę za mało (zwłaszcza, gdy nie można liczyć na Wi-Fi w hotelu) i musiałem kontrolować stan pakietu za pomocą kilku aplikacji, o których opowiem następnym razem.